Sycylia – work break w listopadzie

Sycylia – work break w listopadzie

Przygodę sycylijską rozpoczęliśmy od spontanicznego „Ej! Bilety do Katanii są za 200zł!” Później urlop, pakowanie i lecimy.

Opuncje przywitały nas już na lotnisku, wraz z dziwnymi spojrzeniami Włochów – miałam na sobie wszystkie ciepłe rzeczy, by odciążyć bagaż. Ryanair ma dość oszczędne limity bagażu…

Voucher na samochód mieliśmy z Ryanaira, wynajem poszedł bez problemu. Na Sycylii diesel jest mniej–więcej 10 eurocentów tańszy niż benzyna – ale, jak policzyliśmy, musielibyśmy przebyć prawie trzy tysiące kilometrów, żeby faktycznie opłaciło nam się dopłacać 2euro dziennie za możliwość jeżdżenia dieslem. Przejechaliśmy w sumie… niemal dwa tysiące 😊 Fiesta była nieco poobijana, ale dzielna. W Syrakuzach wynajęliśmy mieszkanko od Riccardo, niemal w samym centrum. Udało nam się zobaczyć Ortygię, historyczne centrum miasta, wraz z katedrą (przebudowaną świątynią Ateny z V w p.n.e.) muzeum Leonarda i Archimedesa, zamek na końcu cypla i wiele, wiele innych miejsc. Zapamiętałam te miasto jako tłoczne i głośne, a do tego – niestety dość brudne. Włosi w ogóle mają dziwny sposób pozbywania się śmieci – zazwyczaj wystawiają je na ulicę i reszta dzieje się sama. Nie wiem, czy jest to ogólna tendencja, zachodnia część wyspy wydała mi się nieco czystsza, tak jak północ, gdzie miałam okazję być przy okazji Paralotniowych Mistrzostw Polski 2019. Być może jest to kwestia podziału Włoch na „bogatą północ i biedne południe”; zjednoczenie Włoch pod względem finansowym było dla południa mało korzystne – kursy wymiany waluty były tak niskie, że większość mieszkańców z dnia na dzień straciła dorobek życia. Niewiele później mafia sycylijska utwierdziła się w swojej działalności. Południowcy często ukrywają swoje dochody przed państwem (niemal 50% pracuje na czarno), płacąc mafii za ochronę. Zamknięte południe utwierdza się w przekonaniu o własnej biedzie, mieszkańcy stają się nieufni wobec bezradnego państwa, zwracając się ku silnej mafii.

Syrakuzy by night

Będąc w Syrakuzach udało nam się dotrzeć do wąwozu rzeczki Cassabile – chyba najfajniejszego miejsca w trakcie całej naszej wycieczki (wyłączając flamingi w salinach, o których nieco później). Do wąwozu jedzie się asfaltowymi drogami pośród pól. Docieramy do wejścia do wąwozu i naszym oczom ukazuje się zamknięta brama. Całe szczęście lektura bloga italia–by–natalia.pl dostarczyła nam wiedzy, że jest to kolejny obraz włoskiej mentalności. Otóż, parę lat temu w wąwozie doszło do oberwania kamieni i kilku turystów odniosło lekkie obrażenia. Władze, by mieć czyste ręce, oficjalnie zamknęły wąwóz dla zwiedzających, jednak lokalni mieszkańcy zdecydowali inaczej, wystawiając przed bramkę skrzynki, dzięki którym da się przejść nad bramką. Na dół idzie się około pół godziny, i zdecydowanie warto. Zdjęcia lepiej oddadzą urok miejsca niż słowa, więc zapraszam 😉

Skrzynki
Wodospad

W Syrakuzach zjedliśmy też gotowaną ośmiornicę i spaghetti z frutti di mare. Ośmiornica nie chciała puścić talerza 😉

Ośmiornica

Zwiedziliśmy też Taorminę – fajne miasto na zboczach klifów. Autostrada między Katanią i Taorminą jest płatna, ale cena za samochód osobowy nie przekracza dwóch euro. W Taorminie warto zobaczyć amfiteatr antyczny – podobno rozciąga się z niego niesamowity widok, ze względu na położenie na klifie. Niestety inna atrakcja, zamek saraceński na szczycie wzgórza jest zamknięty dla zwiedzających.

Taormina

Z Taorminy wracaliśmy okrążając Etnę od północy. Dotarliśmy do miejscowości Bronte, która okazała się być pistacjową stolicą Sycylii. Zaopatrzyliśmy się w likier, krokant i pastę pistacjową (niebo w gębie!). Wyjeżdżając z Bronte zerknęliśmy we wsteczne lusterko i naszym oczom ukazała się Etna w całej krasie – aż musieliśmy zawrócić. Czekaliśmy do zachodu by zrobić zdjęcia.

Etna

Jazda sycylijskimi drogami jest… ciekawa 😊 W ogóle prowadzenie samochodu na Sycylii jest ciekawe. Południowcy mają bardzo elastyczne podejście do kierunkowskazów, miejsc parkowania (których jest niewiele, w stosunku do ilości pojazdów), nawet światła to tylko sugestia. Trzeba uważać. Kszyh prowadził z dzikim chichotem, szczególnie w Palermo, gdy gwałtownie z jednego pasa, zrobiły się cztery. Parkowanie – wrzucając światła awaryjne, w dowolnym miejscu, na przejściach dla pieszych itp. Cudowne jest włączanie się do ruchu – wytaczamy się powolutku i ktoś nas wpuści, nie czekamy na lukę. W Trapani udało nam się pojechać pod prąd – Włoch jadąc poprawnie nie otrąbił nas, a wręcz ustąpił nam na swoim pasie i pewnie zaczął się zastanawiać, czy on jedzie prawidłowo… Drogi mają średnie. Miliony wiaduktów, w których każdy przełom jest mordęgą dla amortyzatorów. W zatoczkach obraz nędzy i rozpaczy – śmieci pełno. Wygląda to jakby ktoś zatrzymał się, wystawił z bagażnika śmieci, a wiatr dokonał reszty. Smutne. Zdarzają się też przestrzelone znaki drogowe.

W drodze do Trapani, po zachodniej stronie wyspy, jechaliśmy z przystankiem by zobaczyć Scale dei Turchi – włoską edycję schodów tureckich. To był ten jeden dzień kiedy padało, ale mimo wszystko warto było.

Schody tureckie

W Trapani zwiedziliśmy saliny – miejsca gdzie z wody morskiej pozyskuje się sól. W zbiornikach w których woda odparowuje, można obserwować flamingi.

Kupki soli

Ciekawe było też miasteczko duchów – Erice na wzgórzu. Wygląda ono na opuszczone, nie spotkaliśmy mieszkańców. Jest niemal w całości jest zbudowane z lokalnego kamienia. Do Erice można się dostać samochodem lub kolejką linową. Warto zobaczyć kościół i zamek. Widoki na dolinę – nieziemskie.

Zamek w Erice
Widok z Erice na Trapani

Niedaleko też jest najlepiej zachowana świątynia antyczna na całej Sycylii. Świątynia nigdy nie otrzymała dachu, prawdopodobnie budowę wstrzymali Kartagińczycy. Świątynia nadal ma wszystkie 36 kolumn! Nieco dalej jest dalsza cześć parku archeologicznego, z amfiteatrem na czele.

Świątynia w Segeście

Wybraliśmy się tez do Palermo, Chcieliśmy zobaczyć katedrę – totalny misz-masz stylów architektonicznych. Zajrzeliśmy też rzutem na taśmę do Pałacu Normanów. Kaplica zapiera dech w piersiach. Całość z wyłączeniem sklepienia jest wykonana z mozaik o wymiarach 1cmx1cm! Wyobrażacie sobie to kleić? Sklepienie swoją drogą jest kolejnym arcydziełem – jest rzeźbione.

Katedra
To wszystko mozaiki!
Sklepienie

W okolicy jest też dzikie gorące źródło – dzięki Toosh za namiar. Woda zdecydowanie ma powyżej 36 stopni – mimo chęci wygrzania nie dało się zbyt długo siedzieć. Z siarki można się opłukać w niedaleko płynącej rzeczce. Stężenie jest na tyle duże, że mój pierścionek pokrył się żółtym nalotem – na szczęście udało się go oczyścić.

Ostatniego dnia przed wyjazdem zrobiliśmy zakupy w MD. W Wizzairze mieliśmy 32 kg bagażu więc butelki były cztery. Odprawiam nas, a tam… 20 kg bagażu. Widmo wypicia 3 butelek wina i jednej limoncello stanęło nam przed oczami. Jednak stwierdziliśmy, że „najwyżej na lotnisku” i ruszyliśmy w drogę do Katanii. Bagaż miał 26 kg i przeszło bez problemu 😉

A paralotniowo? Tu już oddaję klawiaturę kszyhowi 😉

 

One Response

  1. SokoleONE pisze:

    Dzięki. Super info…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *