Wenecja – PPO’19

Wenecja – PPO’19

Wenecja - PPO'19

Jadąc na PPO 2019 jako nie latająca osoba, zastanawiałam się: „co ja tam będę robić?” Chciałam zobaczyć jak wyglądają zawody, poznać nowych ludzi, wyrwać się na chwilę z pracy, a tu była okazja. Nie wyobrażałam sobie natomiast siedzenia pół dnia na startowisku, kiedy nie mam bladego pojęcia o tym, co piloci robią przed startem – wiedziałam tylko, że muszą się przygotować, rozłożyć sprzęt, uczestniczyć w odprawie, więc na pewno czasu dla mnie mieć nie będą. To samo z powrotami – zawodnicy mieli zwózki do kwatery, a free flyerzy znajomych albo pociągi. Przecież nie będę siedzieć na kempingu całymi dniami…

Wzięłam więc mapę.

Levico Terme, gdzie była baza PPO’19 leży na północy Włoch, w regionie Trentino. Krzysiek od razu podpowiadał mi, że Trydent i Bassano są niedaleko i niezłe do pochodzenia. Ale ja spojrzałam dalej na wschód, a tam… Wenecja. Od dawna marzyłam, żeby się tam wybrać, ale jakoś do tej pory się nie złożyło. Plan na jeden dzień gotowy!

Z Levico do Wenecji jedzie się nieco ponad dwie godziny, czy to samochodem, czy pociągiem. Wybrałam to drugie, również ze względu na naszą C5 – nie wiem jak bym się nią zmieściła w wąskich uliczkach Wenecji (bo centrum to oddzielna wysepka połączona mostem, ale jednak serce większego miasta). Na samej wyspie jest też zakaz ruchu kołowego – a parking na wjeździe wiecznie przepełniony.

Pociąg, z przesiadką w Bassano dowiózł mnie na dworzec Wenecja – St. Lucia za 10 euro. Po wyjściu z dworca doznałam szoku. Poważnie, stanęłam na schodach i dobre 10 minut chłonęłam te miasto. Niepowtarzalne. Inne niż wszystkie. Zatłoczone, głośne wszystkimi językami świata, zabytkowe. Kanały, gwar, łodzie i tysiące, tysiące ludzi. Nie spodziewałam się, że zrobi na mnie takie wrażenie. Stałam z ucieszoną paszczą dopóki jakaś starowinka nie obrugała mnie za stanie na środku.

Po wyjściu z dworca

Na dworcu z informacji turystycznej wzięłam mapę z zaznaczoną ścieżką zwiedzania i postanowiłam nią dotrzeć do placu świętego Marka, a wracać już po swojemu.

Zaczęłam od Canale Grande – kanał był na wyciągnięcie ręki od dworca. Od razu dostałam odpowiedź na nurtujące mnie pytanie – nie śmierdzi! Ponoć władze Wenecji jakiś czas temu wypowiedziały wojnę śmieciom – podniosły kary, a jednocześnie zwiększyły częstotliwość odbiorów śmieci od mieszkańców. Efekty widać i czuć 😉 Co prawda w kanałach zdarzają się pływające odpadki, ale nie jest to nic, czego byśmy nie mogli zaobserwować np. na Mazurach. Kanałami pływają przeróżne łodzie – tramwaje wodne, gondole, motorówki i wiele, wiele innych. Hałasują, ale bez przesady. Nad samymi kanałami jest bardzo dużo restauracji. W czerwcu wszystkie były przepięknie przystrojone surfiniami i innymi kwiatami w dowolnych kolorach. Wenecja kojarzy mi się z kwiatami 😉

Canale Grande

Czerwiec i w ogóle lato to słaby czas na zwiedzanie Wenecji i pewnie całych Włoch – jest upalnie, ale nie tak jak w Polsce, 30 stopni, tylko raczej 37. Dodatkowo, mury miast są nagrzane, a kanały nie niosą żadnej ochłody.

To, co wyróżnia Wenecję, to oczywiście jej położenie i kanały, ale też gondole. Ponoć miasto z pokładu gondoli wygląda inaczej. Nie miałam okazji się przekonać, bo nie miałam tego w planach, a poza tym atrakcja jest droga (80 euro za pół godziny). Gondolierzy weneccy należą do czegoś w stylu stowarzyszenia – mają licencje, nie mogą dowolnie żonglować cenami i oczywiście mają oryginalne, drewniane gondole. Mają one na dziobie ornamenty, które są symbolem miasta. Oprócz aspektu ozdobnego, dociążają dziób i równoważą ciężar gondoliera na rufie. Sześć zębów okucia symbolizuje sześć dzielnic Wenecji. Gondole podbiły serca wenecjan na tyle, że bogatsi mieszkańcy zaczęli je dekorować, niekiedy w bardzo krzykliwy sposób. Dlatego też, senat republiki w XVII wieku nakazał wszystkie pomalować na czarno. Tylko te oficjalne 😉

Okucie

Zawód gondoliera jest bardzo prestiżowy w Wenecji. Prawie niemożliwym jest, by został nim ktoś spoza miasta. Wymagania są wysokie – trzeba znać 3 języki, odbyć staże, zdać egzaminy z historii, sztuki i żeglarstwa. W Wenecji jest ponad 400 licencjonowanych gondolierów, w tym tylko jedna (!) kobieta. Mają oni też swoje „mundury” – ciemne spodnie i buty, koszulkę w paski i słomkowy kapelusz.

Gondolier

Oglądaliście „Turystę” z Angeliną Jolie i Johnnym Deppem? Gra tam pół Wenecji 😉 Zabytki w sumie mówią same za siebie i nie trzeba ich nikomu przedstawiać. Nie było w nich – moim zdaniem – niczego nadzwyczajnego. Most Rialto jest niesamowicie zatłoczony (jak i cała Wenecja), również za sprawą sklepików i kawiarni w środku. Plac świętego Marka to ta sama historia. Bazylika jest bardzo misternie zdobiona. Nie udało mi się wejść do środka.

Most Rialto
Bazylika i plac Św. Marka

W związku z natłokiem turystów, władze Wenecji wprowadziły od stycznia 2020 opłatę za wstęp do miasta, w wysokości do 10 euro. Początkowo opłata miała zacząć obowiązywać już od 1 września, jednak trudności logistyczne w egzekwowaniu opłaty wymusiły zmianę terminu. Wysokość opłaty ma być zależna od terminu i pobierana od każdego turysty, który nie rezerwuje noclegu.

Ogólnie, nie ma ani chwili spokoju. Dlatego bardziej podobała mi się ta „cicha” o ile tak w ogóle można powiedzieć, strona Wenecji, gdy wracałam na dworzec.

To zupełnie inna strona miasta. Cichsze, ciasne uliczki, ozdobione zielenią wody i kwiatów zwieszających się z balkonów. W zakątkach daje się spotkać prywatne łódeczki – zdecydowanie mniej reprezentacyjne, ale na pewno bardziej użytkowe. Miniaturowe mosteczki z kutymi balustradami. Wracając dało się wreszcie odetchnąć atmosferą miasta.

Ogólnie, polecam każdemu. Tylko może nie w czerwcu i faktycznie na dzień – dwa. Jeżeli chodzi o miasto, to jak dotąd tylko Wenecja zaparła mi dech w piersiach po jej zobaczeniu. Nie żebym była jakimś globtroterem, ale zdecydowanie ponad zabytki zbudowane rękami człowieka preferuję te naturalne – dlatego uwielbiam Tatry i one mi niezmiennie odbierają mowę 😉